Korzystając z tego, że śpisz sobie smacznie, a mnie bardzo (BARDZO) nie chce się sprzątać w mieszkaniu... Chcę opowiedzieć Ci, jak to się wszystko zaczęło.
Od jakiegoś czasu wiedzieliśmy z Tatą, że chcemy powiększyć rodzinę. Staraliśmy się od pół roku, bez efektów. Korzystając z wiosny, postanowiłam zrobić post warzywno-owocowy dr Ewy Dąbrowskiej, który miał oczyścić organizm i go wyleczyć (w tym również wg autorki, miał pomagać w przygotowaniu organizmu do ciąży - jeśli chcesz, możesz poczytać o nim tu: KLIK). I pewnego dnia, jakiś czas po zakończeniu postu...
Jechaliśmy z Twoim Tatą samochodem (nie pamiętam, chyba to było z pracy do domu), kiedy poczułam, że coś jest inaczej. Może uznasz to za głupie, ale tak właśnie było.
Miałam ostatni z kupionych testów ciążowych. Niecały tydzień wcześniej zrobiłam jeden, który nie wykazał pożądanego rezultatu. Z tym ostatnim poczekałam do następnego ranka, żeby wynik był jak najbardziej wiarygodny. W każdym razie, o jakiejś nieludzko porannej porze, zaspana jak niedźwiedzica zimą, poczyniłam niezbędne kroki i siedziałam sobie, gapiąc się na puste pole. Zasada była prosta - dwie kreski równa się nadzieja. Pierwsza kreska pojawiła się szybko*, potem kilka nieznośnie długich chwil nie działo się nic. I już, już, zrezygnowana miałam wracać do łóżka, gdy pojawiła się druga, blada kreska. Nigdy, żadna kawa nie postawiła mnie na nogi tak szybko :).
Tata przyjął wieści zaspany i obrócił się zaraz na drugi bok, bo do pobudki zostało mu jeszcze sporo. A ja już nie mogłam spać, tak bardzo się cieszyłam, że będę miała Ciebie!
W ciągu kilku dni lekarz potwierdził, że jesteś i że zostaniemy rodzicami. Na ekranie USG byłeś małym bąbelkiem, który przewrócił nam świat do góry nogami. Dziękuję Ci!
* gdyby Twoja Mama przeczytała jak człowiek całą instrukcję, to by wiedziała, że to już ta pierwsza kreska oznaczała ciążę, a ta druga była tylko kontrolna (żeby sprawdzić, czy test w ogóle działa).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz